Stowarzyszenie na Rzecz Walki z Chorobami Nowotworowymi

wesprzyj nas przekaż podatku

zobacz aktualności

nasze programy

Jesteśmy partnerami akcji:

  • Jestem przy Tobie
  • Dla niej. Możemy więcej
  • Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych
  • RAK TO SIĘ LECZY!
  • Polska Koalicja na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy
  • Rak Jelita Polska

Nasi specjaliści - współpraca

Wspierają nas

Partnerzy medialni

Historia Elżbiety Więckowskiej

Rok 1981 oka­zał się zna­czący nie tylko w hi­sto­rii Polski ale rów­nież dla mnie — ko­biety, matki, żony — był ro­kiem prze­ło­mo­wym.

 

Czas tuż przed sta­nem wo­jen­nym; w skle­pach pustki, strajki, ro­snące na­pię­cie, strach przed kon­fron­ta­cją … Miałam 27 lat a moja 7 let­nia có­reczka Ania wła­śnie za­częła na­ukę w szkole. Tak bar­dzo chcia­łam żeby nie była je­dy­naczką, ale nie­stety dwu­krot­nie w ciągu roku po­ro­ni­łam. Odczuwałam cią­głe zmę­cze­nie, po­bo­le­wa­nie w dole brzu­cha, upławy ale my­śla­lam że przy­czyna to wla­śnie dra­ma­tyczna utrata dzieci, krwo­tok to­wa­rzy­szący po­ro­nie­niu. W cza­sie wi­zyty kon­tro­l­nej po po­by­cie w szpi­talu gi­ne­ko­log stwier­dził nad­żerkę. Próbował ją le­czyć do­stęp­nymi wów­czas środ­kami ale nie­stety wciąż stwier­dzał że nie może jej wy­le­czyć a nie chce ro­bić tzw. wy­pa­la­nia bo prze­cież ja tak bar­dzo pra­gnę dru­giego dziecka. Do pry­wat­nego ga­bi­netu cho­dzi­łam co 2 mie­siące przez rok a na­wet może tro­chę dłu­żej. Gdy mój le­karz prze­by­wał na urlo­pie za­czę­łam pla­mić i pod­kr­wa­wiać. Nie chcia­łam zmie­niać gi­ne­ko­loga jed­nak za na­mową ko­le­żanki tra­fi­łam do re­jo­no­wej po­radni K (w za­mierz­chłych cza­sach XX wieku w Warszawie ist­niała bar­dzo do­brze zor­ga­ni­zo­wana sieć ta­kich po­radni). Rejonowy, pań­stwowy pan dok­tor gi­ne­ko­log zba­dał mnie i za­dał py­ta­nie — „Kiedy ostat­nio miała Pani wy­ko­ny­waną cy­to­lo­gię?” – a ja po­czu­łam się nie­zręcz­nie bo nie mia­łam po­ję­cia o ja­kim ba­da­niu mówi. Ja — żona, matka, czte­ro­krotna pa­cjentka szpi­tala ginekologiczno-położniczego nie wie­dzia­łam, że ta­kie ba­da­nie po­winno się re­glar­nie wy­ko­ny­wać! Do dzi­siaj się tego wsty­dzę, ale my­ślę że po­wód do wstydu ma rów­nież mój gi­ne­ko­log. Położna po­brała wy­maz. Nic nie czu­łam bo ba­da­nie było bez­bo­le­sne. Lekarz po­pro­sił abym zgło­siła się po wy­nik — wtedy mnie zbada. Byłam na­wet za­do­wo­lona bo wi­zyta była krót­sza i bez dys­kom­fortu zwią­za­nego z peł­nym ba­da­niem gi­ne­ko­lo­gicz­nym. O USG nikt wtedy nie sły­szał. Po po­wro­cie do domu spraw­dzi­łam co zna­czy słowo cy­to­lo­gia – mój Tatuś bar­dzo lu­bił wie­dzieć wszystko o swoim zdro­wiu dla­tego ku­pił słow­nik le­kar­ski łacińsko-polski — te­raz książka oka­zała się przy­datna. Wiedzialam już, że to ba­da­nie ko­mó­rek, pod­sta­wowy test w pro­fi­lak­tyce raka szyjki ma­cicy. Paradoksalnie to wla­śnie mnie uspo­ko­iło bo wy­da­wało mi się wtedy że rak to cho­roba ko­biet sta­rych lub w śred­nim wieku, by­łam na­wet tro­chę nie­przy­jem­nie za­sko­czona dla­czego ro­bią mi ta­kie ba­da­nia. Jak by­łam głu­pia, jak mało wie­dzia­łam o zdro­wiu.. Lekcja z przed­miotu “za­gro­że­nie cho­robą no­wo­two­rową” oka­zała się bar­dzo bru­talna a „na­uka” oku­piona cier­pie­niem i strachem.……po 7 dniach od po­bra­nia cy­to­lo­gii do domu za­pu­kała po­łożna z Poradni K. Bardzo prze­jęta i pełna współ­czu­cia prze­ka­zała wia­do­mość, że na­tych­miast mam się zgło­sić do po­radni cy­to­on­ko­lo­gicz­nej — jesz­cze wtedy się nie ba­łam, by­łam prze­ko­nana że wszystko bę­dzie do­brze. 23 wrze­śnia 1981 roku po­brano wy­cinki — po 10 dniach ode­bra­łam wy­nik i skie­ro­wa­nie do szpi­tala na ul. Żela­zną, Tym ra­zem le­karz po­wie­dział żebym nie zwle­kała bo może jesz­cze nie jest za późno… Wtedy do­piero się wy­stra­szy­łam i znowu zaj­rza­łam do słow­nika le­kar­skiego, a w nim tłu­ma­cze­nie car­ci­noma pla­no­epi­the­liale… rak pla­sko­na­błon­kowy. RAK?????? świat na­gle się za­trzy­mał na chwilę a po­tem nic już nie było ta­kie jak kie­dyś. Nie po­tra­fi­łam po­go­dzić się z my­ślą, że nie będę już mo­gła mieć dzieci, nie mo­głam po­jąć dla­czego chcą usu­wać cały na­rząd kiedy chora jest tylko jego część. To nie było tak jak te­raz – Internet, ran­king le­ka­rzy — wtedy wal­czyło się o ka­wałki li­gniny, którą trzeba było ze sobą za­brać do szpi­tala. Zaczęły się wę­drówki od le­ka­rza do le­ka­rza i wszę­dzie to samo a wla­sci­wie to tro­chę ina­czej – je­den krzy­czał że się za­nie­dba­łam drugi bia­do­lił że taka młoda taka ładna a ja py­ta­łam – jaka to róż­nica? A gdy­bym była stara i brzydka, czy by­łoby mi lżej. Wreszcie po ok. 14 dniach od dia­gnozy tra­fi­łam do naj­lep­szego w tam­tym okre­sie chi­rurga gi­ne­ko­loga w Warszawie, wtedy jesz­cze do­centa, Jana Zielińskiego. Wtedy do­piero po raz pierw­szy le­karz ze mną po­roz­ma­wiał tak po ludzku i ser­decz­nie. Nawet ba­da­nie gi­ne­ko­lo­giczne nie byłó ta­kie bo­le­sne i krę­pu­jące jak za­wsze. Jaką ulgę po­czu­łam kiedy dr Zieliński po­wie­dział, że jego zda­niem to jesz­cze nie­in­wa­zyjny rak, że zdą­ży­łam bo zmiana jest mała. Te same wy­cinki ze zmiany, które hi­sto­pa­to­log z po­radni oce­nił jako za­wie­ra­jące ko­mórki mi­kro­in­wa­zyj­nego raka zo­stały oce­nione przez pa­to­loga z Instytutu Onkologii na Wawelskiej — prof. Sikorową. Diagnoza brzmiała: dys­pla­zja znacz­nego stop­nia na gra­nicy raka !!!!!!!! Wystarczyła am­pu­ta­cja szyjki, ma­cicę i jaj­niki za­cho­wano. Zabieg chi­rur­giczny był krótki, bo­le­sny i nie­stety po ope­ra­cji wy­stą­piło po­wi­kła­nie w po­staci krwo­toku . Ze szpi­tala wy­pi­sano mnie 1 grud­nia 1981 roku, 12 dni przed sta­nem wo­jen­nym. Na zdję­cie szwów je­cha­łam woj­sko­wym ga­zi­kiem… Był 24 gru­dzień, nie mia­łam grama ben­zyny, zro­bić mo­głam kilka kro­ków, zu­peł­nie opa­dlam z sił, by­łam prze­ra­żona sta­nem wo­jen­nym, czu­łam się bez­silna i bez­bronna jak ni­gdy. Moja córka, uko­chana je­dy­naczka, do dzi­siaj ko­ja­rzy Wigilię z moją cho­robą, pa­mięta pła­czącą bab­cię, która prała za­krwa­wioną ko­szulę jej mamy po­wta­rza­jąc – ona nie może umrzeć. Ania opo­wiada jak bar­dzo się wtedy bała, że straci ma­mu­się, nie ro­zu­miała tylko że słowo rak bab­cia wy­po­wiada szep­tem a ona ko­ja­rzy tylko wier­szyk „Idzie rak, nie­bo­rak jak uszczyp­nie bę­dzie znak” . W jej świe­cie rak to nie było groźne zwie­rzę, bać na­le­żało się wilka a ta­kie nie­duże żyjątko nie może prze­cież za­bić czło­wieka bo nie ma zę­bów tylko szczypce. Długo bała się za­py­tać dla­czego i po co rak chciał za­bić jej mamę. Dzisiaj jest doj­rzałą, 37 let­nią ko­bietą, mamą mo­jego pięk­nego wnuczka i na­dal nie ro­zu­mie jak mo­gło dojść do ta­kiej sy­tu­acji. Jakie emo­cje wy­wo­łują w niej wspo­mnie­nia mo­jej cho­roby do­wia­duję się przy­pad­kowo — tak było kiedy do­wie­działa się o re­je­stra­cji szcze­pionki prze­ciwko wi­ru­sowi HPV. Zadzwoniła i za­py­tała bar­dzo wzru­szona — cie­szysz się mamo ? Odpowiedziałam jej zgod­nie z prawdą, że bar­dzo ale na ra­zie to na­dal czuję po­trzebę po­wta­rza­nia doj­rza­łym i mło­dym ko­bie­tom — rób­cie cy­to­lo­gię, ba­daj­cie się a swoje młode córki na­ma­wiaj­cie do szcze­pie­nia. Wracam do czasu po za­biegu, do kilku pierw­szych wi­zyt w Instytucie Onkologii na Wawelskiej gdzie po­zna­łam wiele ko­biet które cze­ka­jąc na wi­zytę kon­tro­lną opo­wia­dały swoje hi­sto­rie. Nie chcia­lam kon­taktu z cho­rymi, z tymi, które nie zdą­żyły uciec przed no­wo­two­rem, sta­ra­łam się nie my­śleć o cho­ro­bie. A jed­nak to cią­gle wra­cało, mia­łam wra­że­nie, że nie od­wdzię­czy­lam się do­sta­tecz­nie za to że je­stem zdrowa. Strach i pa­mięć cier­pie­nia mi­jały, tylko ogromna wdzięcz­ność i sym­pa­tia do dr Zielińskiego po­zo­stały. Cieszyłam się gdy zo­stał Profesorem, kie­row­ni­kiem Kliniki Ginekologii Onkologicznej, mar­twi­łam gdy za­cho­ro­wał na serce. W 1991 roku, 10 lat po ope­ra­cji do­wie­dzia­łam się że Profesor or­ga­ni­zuje mię­dzy­na­ro­dową kon­fe­ren­cję a nie­stety nie ma osoby, która ze­chcia­łaby za­jąć się spra­wami or­ga­ni­za­cyj­nymi. Zgłosiłam się do pracy w Klinice Ginekologii Onkologicznej Instytutu Onkologii na Wawelskiej, zo­sta­lam se­kre­tarką pro­fe­sora Zielińskiego. Pomagałam przy or­ga­ni­za­cji i re­je­stra­cji Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej, or­ga­ni­zo­wa­łam kon­fe­ren­cje i szko­le­nia dla gi­ne­ko­lo­gów. Codziennie roz­ma­wia­łam z cho­rymi i ich ro­dzi­nami. Widzialam ra­dość wy­le­czo­nych i ból gdy nie­stety było za późno na po­moc. Moja ro­dzina uznała że zbyt­nio się an­ga­żuję w pracę ale ja wie­dzia­łam że na­resz­cie spła­cam dług wdzięcz­no­ści. Wyjechałam do USA z za­mia­rem po­zo­sta­nia. Studiowałam na kie­runku asy­stent me­dyczny, calą wie­dzę zdo­bytą za oce­anem wy­ko­rzy­sta­łam po po­wro­cie do Polski. A wró­cić mu­sia­lam bo w USA osoba z moją hi­sto­rią me­dyczną jest za­li­czona do grupy pod­wyż­szo­nego ry­zyka i bar­dzo trudno uzy­skać ubez­pie­cze­nie zdro­wotne. Po po­wro­cie wraz z Profesorem Zielińskim i gro­nem jego współ­pra­cow­ni­ków na­dal or­ga­ni­zo­wa­lam kon­fern­cje na­ukowe kra­jowe i mię­dzy­na­ro­dowe. Byłam bar­dzo dumna gdy wraz z Profesorem Zielińskim two­rzy­li­smy pro­gram edu­ka­cyjny dla ko­biet Różowa Konwalia. Zarząd Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej po­wie­rzył mi funk­cję ko­or­dy­na­tora tego pro­gramu. Działaliśmy bez roz­głosu, wy­trwale, ot taka „praca u pod­staw“. Naszych wy­kła­dow wy­słu­chało kilka ty­sięcy ko­biet z ca­lej Polski. Cieszyliśmy się, że po­wstał pro­fe­sjo­nalny Ogólnopolski Program Profilaktyki i Wczesnego Wykrywania Raka Szyjki Macicy fi­nan­so­wany ze środ­ków pu­blicz­nych, że co­raz wię­cej mówi się o cy­to­lo­gii, stwo­rzono szcze­pionkę prze­ciwko nie­któ­rym ty­pom wi­rusa HPV, szkoli się po­łożne aby ro­biły cy­to­lo­gię. Nareszcie mia­łam wra­że­nie że ak­tyw­nie wal­czę z ra­kiem, że dzięki edu­ka­cji zdro­wot­nej ko­biety za­czną dbać o swoje zdro­wie. Ku mo­jej ra­do­ści po­wstały sto­wa­rzy­sze­nia ko­biet, które wy­grały z ra­kiem szyjki ma­cicy. Pod ko­niec 2008 wraz z pro­fe­so­rem Zielińskim po­sta­no­wi­li­śmy za­ło­żyć Fundację Różowa Konwalia de­dy­ko­waną wszyst­kim ko­bie­tom cho­rym na raka na­rzą­dów płcio­wych. W lu­tym 2009 r. pod­pi­sa­li­śmy akt fun­da­cyjny, do Krajowego Rejestru Sądowego wpi­sano nas 26 maja 2009 r. Profesor Zieliński, wy­bitny gi­ne­ko­log on­ko­log, zmarł dwa dni wcze­śniej. Zostałam pre­ze­sem Fundacji i wiem, że z ca­lego serca pra­gnę re­ali­zo­wać jej cele. Wierzę w zwy­cię­stwo bo wy­gra­lam prze­cież w tym mo­men­cie gdy na dro­dze mo­jego życia sta­nął wspa­niały Człowiek, Lekarz, Humanista, który ko­chał życie, lu­dzi, po­ezję Twardowskiego. Wierzę, że Fundacja która po­wstała jako wy­raz pa­sji, wiary w mą­drość i dzia­ła­nia na rzecz „do­bra wspól­nego“ od­nie­sie suk­ces i po­może wielu ko­bie­tom. Od ope­ra­cji mi­nęło już 30 lat. Potem cho­ro­wa­lam na inne po­ważne cho­roby, prze­szłam kilka ope­ra­cji, nie­dawno mia­łam za­wał, ope­ro­wano mi pierś, drugi raz usły­sza­lam rak (po ope­ra­cji oka­zało się, że zmiana była nie­wielka i nie zna­le­ziono w niej ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych ) a jed­nak gdy­bym chciala po­rów­nać strach i roz­pacz które prze­cież nie­sie za sobą każda cho­roba za­gra­ża­jąca życiu moje do­świad­cze­nie zwią­zane z ra­kiem szyjki było naj­do­tkliw­sze bo wtedy tak mało wie­dzia­łam co tak na­prawdę jest ważne w życiu. Opowiadałam tą hi­sto­rię wiele razy, wielu dziew­czę­tom i ko­bie­tom bo uwa­żam, że jest do­wo­dem na praw­dzi­wość ha­sla „Cytologia — stawką jest życie”. Ja dzięki cy­to­lo­gii do­wie­dzia­lam się o cho­ro­bie w ta­kim sta­dium że można było mnie cał­ko­wi­cie wyleczyć.Rok 1981 oka­zał się zna­czący nie tylko w hi­sto­rii Polski ale rów­nież dla mnie — ko­biety, matki, żony — był ro­kiem prze­ło­mo­wym. Czas tuż przed sta­nem wo­jen­nym; w skle­pach pustki, strajki, ro­snące na­pię­cie, strach przed kon­fron­ta­cją … Miałam 27 lat a moja 7 let­nia có­reczka Ania wła­śnie za­częła na­ukę w szkole. Tak bar­dzo chcia­łam żeby nie była je­dy­naczką, ale nie­stety dwu­krot­nie w ciągu roku po­ro­ni­łam. Odczuwałam cią­głe zmę­cze­nie, po­bo­le­wa­nie w dole brzu­cha, upławy ale my­śla­lam że przy­czyna to wla­śnie dra­ma­tyczna utrata dzieci, krwo­tok to­wa­rzy­szący po­ro­nie­niu. W cza­sie wi­zyty kon­tro­l­nej po po­by­cie w szpi­talu gi­ne­ko­log stwier­dził nad­żerkę. Próbował ją le­czyć do­stęp­nymi wów­czas środ­kami ale nie­stety wciąż stwier­dzał że nie może jej wy­le­czyć a nie chce ro­bić tzw. wy­pa­la­nia bo prze­cież ja tak bar­dzo pra­gnę dru­giego dziecka. Do pry­wat­nego ga­bi­netu cho­dzi­łam co 2 mie­siące przez rok a na­wet może tro­chę dłu­żej. Gdy mój le­karz prze­by­wał na urlo­pie za­czę­łam pla­mić i pod­kr­wa­wiać. Nie chcia­łam zmie­niać gi­ne­ko­loga jed­nak za na­mową ko­le­żanki tra­fi­łam do re­jo­no­wej po­radni K (w za­mierz­chłych cza­sach XX wieku w Warszawie ist­niała bar­dzo do­brze zor­ga­ni­zo­wana sieć ta­kich po­radni). Rejonowy, pań­stwowy pan dok­tor gi­ne­ko­log zba­dał mnie i za­dał py­ta­nie — „Kiedy ostat­nio miała Pani wy­ko­ny­waną cy­to­lo­gię?” – a ja po­czu­łam się nie­zręcz­nie bo nie mia­łam po­ję­cia o ja­kim ba­da­niu mówi. Ja — żona, matka, czte­ro­krotna pa­cjentka szpi­tala ginekologiczno-położniczego nie wie­dzia­łam, że ta­kie ba­da­nie po­winno się re­glar­nie wy­ko­ny­wać! Do dzi­siaj się tego wsty­dzę, ale my­ślę że po­wód do wstydu ma rów­nież mój gi­ne­ko­log. Położna po­brała wy­maz. Nic nie czu­łam bo ba­da­nie było bez­bo­le­sne. Lekarz po­pro­sił abym zgło­siła się po wy­nik — wtedy mnie zbada. Byłam na­wet za­do­wo­lona bo wi­zyta była krót­sza i bez dys­kom­fortu zwią­za­nego z peł­nym ba­da­niem gi­ne­ko­lo­gicz­nym. O USG nikt wtedy nie sły­szał. Po po­wro­cie do domu spraw­dzi­łam co zna­czy słowo cy­to­lo­gia – mój Tatuś bar­dzo lu­bił wie­dzieć wszystko o swoim zdro­wiu dla­tego ku­pił słow­nik le­kar­ski łacińsko-polski — te­raz książka oka­zała się przy­datna. Wiedzialam już, że to ba­da­nie ko­mó­rek, pod­sta­wowy test w pro­fi­lak­tyce raka szyjki ma­cicy. Paradoksalnie to wla­śnie mnie uspo­ko­iło bo wy­da­wało mi się wtedy że rak to cho­roba ko­biet sta­rych lub w śred­nim wieku, by­łam na­wet tro­chę nie­przy­jem­nie za­sko­czona dla­czego ro­bią mi ta­kie ba­da­nia. Jak by­łam głu­pia, jak mało wie­dzia­łam o zdro­wiu.. Lekcja z przed­miotu “za­gro­że­nie cho­robą no­wo­two­rową” oka­zała się bar­dzo bru­talna a „na­uka” oku­piona cier­pie­niem i strachem.……po 7 dniach od po­bra­nia cy­to­lo­gii do domu za­pu­kała po­łożna z Poradni K. Bardzo prze­jęta i pełna współ­czu­cia prze­ka­zała wia­do­mość, że na­tych­miast mam się zgło­sić do po­radni cy­to­on­ko­lo­gicz­nej — jesz­cze wtedy się nie ba­łam, by­łam prze­ko­nana że wszystko bę­dzie do­brze. 23 wrze­śnia 1981 roku po­brano wy­cinki — po 10 dniach ode­bra­łam wy­nik i skie­ro­wa­nie do szpi­tala na ul. Żela­zną, Tym ra­zem le­karz po­wie­dział żebym nie zwle­kała bo może jesz­cze nie jest za późno… Wtedy do­piero się wy­stra­szy­łam i znowu zaj­rza­łam do słow­nika le­kar­skiego, a w nim tłu­ma­cze­nie car­ci­noma pla­no­epi­the­liale… rak pla­sko­na­błon­kowy. RAK?????? świat na­gle się za­trzy­mał na chwilę a po­tem nic już nie było ta­kie jak kie­dyś. Nie po­tra­fi­łam po­go­dzić się z my­ślą, że nie będę już mo­gła mieć dzieci, nie mo­głam po­jąć dla­czego chcą usu­wać cały na­rząd kiedy chora jest tylko jego część. To nie było tak jak te­raz – Internet, ran­king le­ka­rzy — wtedy wal­czyło się o ka­wałki li­gniny, którą trzeba było ze sobą za­brać do szpi­tala. Zaczęły się wę­drówki od le­ka­rza do le­ka­rza i wszę­dzie to samo a wla­sci­wie to tro­chę ina­czej – je­den krzy­czał że się za­nie­dba­łam drugi bia­do­lił że taka młoda taka ładna a ja py­ta­łam – jaka to róż­nica? A gdy­bym była stara i brzydka, czy by­łoby mi lżej. Wreszcie po ok. 14 dniach od dia­gnozy tra­fi­łam do naj­lep­szego w tam­tym okre­sie chi­rurga gi­ne­ko­loga w Warszawie, wtedy jesz­cze do­centa, Jana Zielińskiego. Wtedy do­piero po raz pierw­szy le­karz ze mną po­roz­ma­wiał tak po ludzku i ser­decz­nie. Nawet ba­da­nie gi­ne­ko­lo­giczne nie byłó ta­kie bo­le­sne i krę­pu­jące jak za­wsze. Jaką ulgę po­czu­łam kiedy dr Zieliński po­wie­dział, że jego zda­niem to jesz­cze nie­in­wa­zyjny rak, że zdą­ży­łam bo zmiana jest mała. Te same wy­cinki ze zmiany, które hi­sto­pa­to­log z po­radni oce­nił jako za­wie­ra­jące ko­mórki mi­kro­in­wa­zyj­nego raka zo­stały oce­nione przez pa­to­loga z Instytutu Onkologii na Wawelskiej — prof. Sikorową. Diagnoza brzmiała: dys­pla­zja znacz­nego stop­nia na gra­nicy raka !!!!!!!! Wystarczyła am­pu­ta­cja szyjki, ma­cicę i jaj­niki za­cho­wano. Zabieg chi­rur­giczny był krótki, bo­le­sny i nie­stety po ope­ra­cji wy­stą­piło po­wi­kła­nie w po­staci krwo­toku . Ze szpi­tala wy­pi­sano mnie 1 grud­nia 1981 roku, 12 dni przed sta­nem wo­jen­nym. Na zdję­cie szwów je­cha­łam woj­sko­wym ga­zi­kiem… Był 24 gru­dzień, nie mia­łam grama ben­zyny, zro­bić mo­głam kilka kro­ków, zu­peł­nie opa­dlam z sił, by­łam prze­ra­żona sta­nem wo­jen­nym, czu­łam się bez­silna i bez­bronna jak ni­gdy. Moja córka, uko­chana je­dy­naczka, do dzi­siaj ko­ja­rzy Wigilię z moją cho­robą, pa­mięta pła­czącą bab­cię, która prała za­krwa­wioną ko­szulę jej mamy po­wta­rza­jąc – ona nie może umrzeć. Ania opo­wiada jak bar­dzo się wtedy bała, że straci ma­mu­się, nie ro­zu­miała tylko że słowo rak bab­cia wy­po­wiada szep­tem a ona ko­ja­rzy tylko wier­szyk „Idzie rak, nie­bo­rak jak uszczyp­nie bę­dzie znak” . W jej świe­cie rak to nie było groźne zwie­rzę, bać na­le­żało się wilka a ta­kie nie­duże żyjątko nie może prze­cież za­bić czło­wieka bo nie ma zę­bów tylko szczypce. Długo bała się za­py­tać dla­czego i po co rak chciał za­bić jej mamę. Dzisiaj jest doj­rzałą, 37 let­nią ko­bietą, mamą mo­jego pięk­nego wnuczka i na­dal nie ro­zu­mie jak mo­gło dojść do ta­kiej sy­tu­acji. Jakie emo­cje wy­wo­łują w niej wspo­mnie­nia mo­jej cho­roby do­wia­duję się przy­pad­kowo — tak było kiedy do­wie­działa się o re­je­stra­cji szcze­pionki prze­ciwko wi­ru­sowi HPV. Zadzwoniła i za­py­tała bar­dzo wzru­szona — cie­szysz się mamo ? Odpowiedziałam jej zgod­nie z prawdą, że bar­dzo ale na ra­zie to na­dal czuję po­trzebę po­wta­rza­nia doj­rza­łym i mło­dym ko­bie­tom — rób­cie cy­to­lo­gię, ba­daj­cie się a swoje młode córki na­ma­wiaj­cie do szcze­pie­nia. Wracam do czasu po za­biegu, do kilku pierw­szych wi­zyt w Instytucie Onkologii na Wawelskiej gdzie po­zna­łam wiele ko­biet które cze­ka­jąc na wi­zytę kon­tro­lną opo­wia­dały swoje hi­sto­rie. Nie chcia­lam kon­taktu z cho­rymi, z tymi, które nie zdą­żyły uciec przed no­wo­two­rem, sta­ra­łam się nie my­śleć o cho­ro­bie. A jed­nak to cią­gle wra­cało, mia­łam wra­że­nie, że nie od­wdzię­czy­lam się do­sta­tecz­nie za to że je­stem zdrowa. Strach i pa­mięć cier­pie­nia mi­jały, tylko ogromna wdzięcz­ność i sym­pa­tia do dr Zielińskiego po­zo­stały. Cieszyłam się gdy zo­stał Profesorem, kie­row­ni­kiem Kliniki Ginekologii Onkologicznej, mar­twi­łam gdy za­cho­ro­wał na serce. W 1991 roku, 10 lat po ope­ra­cji do­wie­dzia­łam się że Profesor or­ga­ni­zuje mię­dzy­na­ro­dową kon­fe­ren­cję a nie­stety nie ma osoby, która ze­chcia­łaby za­jąć się spra­wami or­ga­ni­za­cyj­nymi. Zgłosiłam się do pracy w Klinice Ginekologii Onkologicznej Instytutu Onkologii na Wawelskiej, zo­sta­lam se­kre­tarką pro­fe­sora Zielińskiego. Pomagałam przy or­ga­ni­za­cji i re­je­stra­cji Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej, or­ga­ni­zo­wa­łam kon­fe­ren­cje i szko­le­nia dla gi­ne­ko­lo­gów. Codziennie roz­ma­wia­łam z cho­rymi i ich ro­dzi­nami. Widzialam ra­dość wy­le­czo­nych i ból gdy nie­stety było za późno na po­moc. Moja ro­dzina uznała że zbyt­nio się an­ga­żuję w pracę ale ja wie­dzia­łam że na­resz­cie spła­cam dług wdzięcz­no­ści. Wyjechałam do USA z za­mia­rem po­zo­sta­nia. Studiowałam na kie­runku asy­stent me­dyczny, calą wie­dzę zdo­bytą za oce­anem wy­ko­rzy­sta­łam po po­wro­cie do Polski. A wró­cić mu­sia­lam bo w USA osoba z moją hi­sto­rią me­dyczną jest za­li­czona do grupy pod­wyż­szo­nego ry­zyka i bar­dzo trudno uzy­skać ubez­pie­cze­nie zdro­wotne. Po po­wro­cie wraz z Profesorem Zielińskim i gro­nem jego współ­pra­cow­ni­ków na­dal or­ga­ni­zo­wa­lam kon­fern­cje na­ukowe kra­jowe i mię­dzy­na­ro­dowe. Byłam bar­dzo dumna gdy wraz z Profesorem Zielińskim two­rzy­li­smy pro­gram edu­ka­cyjny dla ko­biet Różowa Konwalia. Zarząd Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej po­wie­rzył mi funk­cję ko­or­dy­na­tora tego pro­gramu. Działaliśmy bez roz­głosu, wy­trwale, ot taka „praca u pod­staw“. Naszych wy­kła­dow wy­słu­chało kilka ty­sięcy ko­biet z ca­lej Polski. Cieszyliśmy się, że po­wstał pro­fe­sjo­nalny Ogólnopolski Program Profilaktyki i Wczesnego Wykrywania Raka Szyjki Macicy fi­nan­so­wany ze środ­ków pu­blicz­nych, że co­raz wię­cej mówi się o cy­to­lo­gii, stwo­rzono szcze­pionkę prze­ciwko nie­któ­rym ty­pom wi­rusa HPV, szkoli się po­łożne aby ro­biły cy­to­lo­gię. Nareszcie mia­łam wra­że­nie że ak­tyw­nie wal­czę z ra­kiem, że dzięki edu­ka­cji zdro­wot­nej ko­biety za­czną dbać o swoje zdro­wie. Ku mo­jej ra­do­ści po­wstały sto­wa­rzy­sze­nia ko­biet, które wy­grały z ra­kiem szyjki ma­cicy. Pod ko­niec 2008 wraz z pro­fe­so­rem Zielińskim po­sta­no­wi­li­śmy za­ło­żyć Fundację Różowa Konwalia de­dy­ko­waną wszyst­kim ko­bie­tom cho­rym na raka na­rzą­dów płcio­wych. W lu­tym 2009 r. pod­pi­sa­li­śmy akt fun­da­cyjny, do Krajowego Rejestru Sądowego wpi­sano nas 26 maja 2009 r. Profesor Zieliński, wy­bitny gi­ne­ko­log on­ko­log, zmarł dwa dni wcze­śniej. Zostałam pre­ze­sem Fundacji i wiem, że z ca­lego serca pra­gnę re­ali­zo­wać jej cele. Wierzę w zwy­cię­stwo bo wy­gra­lam prze­cież w tym mo­men­cie gdy na dro­dze mo­jego życia sta­nął wspa­niały Człowiek, Lekarz, Humanista, który ko­chał życie, lu­dzi, po­ezję Twardowskiego. Wierzę, że Fundacja która po­wstała jako wy­raz pa­sji, wiary w mą­drość i dzia­ła­nia na rzecz „do­bra wspól­nego“ od­nie­sie suk­ces i po­może wielu ko­bie­tom. Od ope­ra­cji mi­nęło już 30 lat. Potem cho­ro­wa­lam na inne po­ważne cho­roby, prze­szłam kilka ope­ra­cji, nie­dawno mia­łam za­wał, ope­ro­wano mi pierś, drugi raz usły­sza­lam rak (po ope­ra­cji oka­zało się, że zmiana była nie­wielka i nie zna­le­ziono w niej ko­mó­rek no­wo­two­ro­wych ) a jed­nak gdy­bym chciala po­rów­nać strach i roz­pacz które prze­cież nie­sie za sobą każda cho­roba za­gra­ża­jąca życiu moje do­świad­cze­nie zwią­zane z ra­kiem szyjki było naj­do­tkliw­sze bo wtedy tak mało wie­dzia­łam co tak na­prawdę jest ważne w życiu. Opowiadałam tą hi­sto­rię wiele razy, wielu dziew­czę­tom i ko­bie­tom bo uwa­żam, że jest do­wo­dem na praw­dzi­wość ha­sla „Cytologia — stawką jest życie”. Ja dzięki cy­to­lo­gii do­wie­dzia­lam się o cho­ro­bie w ta­kim sta­dium że można było mnie cał­ko­wi­cie wyleczyć.