Stowarzyszenie na Rzecz Walki z Chorobami Nowotworowymi

wesprzyj nas przekaż podatku

zobacz aktualności

nasze programy

Jesteśmy partnerami akcji:

  • Jestem przy Tobie
  • Dla niej. Możemy więcej
  • Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych
  • RAK TO SIĘ LECZY!
  • Polska Koalicja na Rzecz Walki z Rakiem Szyjki Macicy
  • Rak Jelita Polska

Nasi specjaliści - współpraca

Wspierają nas

Partnerzy medialni

Anna Nowakowska

Miałam 24 lata.

Rok za­czy­nał się dla mnie szczę­śli­wie. Miałam przy so­bie fa­ceta, z któ­rym pla­no­wa­li­śmy wspólną drogę życia. Nawet wstęp­nie usta­li­li­śmy datę ślubu na wrzesień.

 

Ponieważ za­wsze dba­łam o swoje zdro­wie, re­gu­lar­nie pod­da­wa­łam się ba­da­niom pro­fi­lak­tycz­nym. Jednak nie przy­pusz­cza­łam, że tym ra­zem od­wie­dziny w ga­bi­ne­cie spe­cja­li­stycz­nym zmie­nią całe może życie. Na lep­sze, czy gor­sze ? Właśnie wtedy, kiedy roz­my­śla­łam już o ślu­bie, przy­szłym życiu i dzie­ciacz­kach, o szczę­śli­wej ro­dzince, uda­łam się na za­pla­no­wane wcze­śniej ba­da­nia. Podczas kon­troli oka­zało się, że mam nie­wiel­kie zmiany na jaj­niku wy­ma­ga­jące za­biegu i mu­szę zro­bić do­dat­kowe ba­da­nia z krwi. Bez ja­kich­kol­wiek do­my­słów ro­bi­łam, co mi za­le­cano. W umó­wio­nym ter­mi­nie uda­łam się więc do szpi­tala na za­bieg wy­cię­cia guzka. Jednak pod­czas ope­ra­cji le­ka­rze za­de­cy­do­wali o wy­cię­ciu ca­łego jaj­nika. Później już cze­ka­łam na wy­niki hi­sto­pa­to­lo­giczne, które trak­to­wa­łam jako zwy­kłą for­mal­ność. Czekanie to troszkę się prze­cią­gało, aż w końcu za­dzwo­nili ze szpi­tala. Wybierając wy­niki usły­sza­łam, by udać się od razu na od­dział do mo­jego le­ka­rza. Tak też zrobiłam.

Kiedy we­szłam do ga­bi­netu, obecne tam le­karki po­de­rwały się na­gle. Poprosiły, żebym po­cze­kała na mo­jego le­ka­rza, który wła­śnie ope­ro­wał. Chciałam przyjść na­za­jutrz, ale mi nie po­zwo­liły. Jedna za­częła gdzieś te­le­fo­no­wać, druga wzięła mnie za rękę i za­pro­wa­dziła pod blok ope­ra­cyjny. — Po co taki po­śpiech, prze­cież oni ope­rują, czemu nie można za­cze­kać, o co cho­dzi ? — Z ta­kimi my­ślami zo­sta­łam sama przed drzwiami bloku ope­ra­cyj­nego. Kiedy się w końcu otwo­rzyły, zo­ba­czy­łam mo­jego le­ka­rza wraz z or­dy­na­to­rem idą­cych w moją stronę. Już wtedy wie­dzia­łam, że dzieje się coś złego. Prowadzą mnie bli­żej okna. Chyba po to, że jak­bym ze­mdlała, to łatwiej mnie bę­dzie ocu­cić? . — Pani Aniu, mamy złą wia­do­mość –sły­szę głos or­dy­na­tora — wy­kryto u pani raka jaj­nika –Zamieram. Widzę, że cze­kają na moja re­ak­cję, na płacz, pa­nikę, osłab­nię­cie, . Mija chyba ze 20 se­kund i sły­szę swoje słowa — Dobrze, więc co te­raz ro­bimy? — Tak wła­śnie po­wie­dzia­łam. Bo wie­dzia­łam, że damy radę, że wszystko musi być do­brze. Nie ukry­wali za­sko­cze­nia moją re­ak­cją.  Od tej chwili by­li­śmy w kon­tak­cie. Wyszłam ze szpi­tala dziw­nie spo­kojna. Nie wie­dzia­łam tak na­prawdę w ja­kim sta­dium była cho­roba. Nie wie­dzia­łam co bę­dzie da­lej, wró­ci­łam do domu, nie mó­wiąc o ni­czym ro­dzi­nie. Mój fa­cet bar­dzo mnie po­cie­szał i był przy mnie. Za kilka dni mia­łam już je­chać do kli­niki od­da­lo­nej 600 km od mo­jego mia­sta. W domu po­wie­dzia­łam, że jadę tylko na do­dat­kowe ba­da­nia i zwy­kłą kon­sul­ta­cję. Dopiero na miej­scu się do­wie­dzia­łam jaki jest fak­tyczny stan.

Że to rak zło­śliwy i na­tych­miast jest ko­nieczna che­mio­te­ra­pia. I wtedy bar­dzo szybko do­ciera do mnie, co mi na­prawdę jest. Mam zo­stać w szpi­talu i za­cząć che­mię, a prze­cież je­cha­łam tam tylko na je­den dzień, na kon­sul­ta­cję. Ale skoro ma mnie to ura­to­wać…, poza tym czas szybko mija, więc nie­ba­wem bę­dzie po wszyst­kim. A te­raz naj­trud­niej­sze. Zadzwonić do mamy i po­wie­dzieć prawdę. Chcę jej oszczę­dzić ner­wów, stre­sów, zmar­twie­nia. Mówię, że che­mio­te­ra­pię po­dej­muję pro­fi­lak­tycz­nie, by mieć 100% pew­no­ści, że je­stem zdrowa. Ale nie udało się. Mama do­sko­nale wie­działa, z czym się wiąże słowo rak. Po pierw­szej che­mii do­brze się czu­łam. Problemy za­częły się po dru­giej. Zaczęłam czę­sto słab­nąć, wy­mio­to­wać. Mój part­ner mnie wspie­rał jak mógł. Był cu­downy. Miałam w nim ogromne opar­cie, po pro­stu był. Między che­miami mia­łam 5 dni, pod­czas któ­rych nor­mal­nie funk­cjo­no­wa­łam. Nosiłam dłu­gie włosy, ale po pierw­szej che­mii ścię­łam je na zu­peł­nie krót­kie. W końcu nad­szedł ten dzień, kiedy za­częły mi wy­pa­dać gar­ściami. Wydawało mi się, że je­stem na to przy­go­to­wana. Nie ba­łam się tego. Myślałam, że nie bę­dzie to dla mnie trau­ma­tyczne, prze­cież od­ro­sną. Nie na wszystko można się przy­go­to­wać, nie można prze­wi­dzieć wła­snych emo­cji. Płakałam. Byłam na sie­bie zła, że wal­czę z ra­kiem a wło­sami się przejmuję.

Gdy za­cho­ro­wa­łam, stu­dio­wa­łam za­ocz­nie na dru­gim roku. Zaciągnęłam kre­dyt na na­ukę. Kiedy to się za­częło, nie mia­łam sił na wy­jazdy i na­ukę. Wiedziałam, że mu­szę zo­sta­wić lub za­wie­sić stu­dia na tym eta­pie. Nie po­zwo­liła mi na to moja grupa. Gdyby nie oni i do­bre serca pro­fe­so­rów, pew­nie nie uda­łoby mi się szczę­śli­wie za­koń­czyć stu­diów ra­zem z nimi. Między ko­lej­nymi che­miami, kiedy cho­dzi­łam po mie­ście, nie czu­łam się w pełni war­to­ściową ko­bietą. Świat wy­da­wał mi się inny. Te same ulice, ci sami zna­jomi, ro­dzina, wszystko ta­kie samo, a ja czu­łam, jak­bym była gdzieś poza tym. Kiedy opo­wia­da­łam o swo­ich uczu­ciach, wie­dzia­łam, że inni nie są w sta­nie do końca mnie zro­zu­mieć. Bardzo chcia­łam po­roz­ma­wiać z osobą bę­dącą w po­dob­nej sy­tu­acji. Nie udało mi się z ni­kim skon­tak­to­wać. Czułam się wy­ob­co­wana, z co­raz mniej­szym po­czu­ciem wła­snej war­to­ści. Mimo tego, by­łam pełna życia, ko­rzy­sta­łam z każ­dej chwili lep­szego sa­mo­po­czu­cia, znaj­du­jąc spo­soby na od­stre­so­wa­nie. Dobrze się też czu­łam na od­dziale w kli­nice, wśród pie­lę­gnia­rek i le­ka­rzy. W końcu po­wró­cił te­mat ślubu. Zdążyłam już go wy­klu­czyć z mo­jej głowy jako nie­re­alny w obec­nej sy­tu­acji. Jednak mój fa­cet stwier­dził, że nie bę­dziemy go od­kła­dać. Przecież che­mia miała za­koń­czyć się przed ter­mi­nem ślubu a póź­niej miało być już ko­lo­rowo. Więc za­czę­li­śmy przy­go­to­wa­nia. Z che­mio­te­ra­pii wra­ca­li­śmy 10 go­dzin. Prawie nie­przy­tomną za­wo­ził mnie do domu. Wszystkim zaj­mo­wa­li­śmy się sami, więc kiedy tylko do­cho­dzi­łam do sie­bie na kilka dni przed ko­lejną che­mią, dzia­ła­li­śmy pręż­nie. Nie przej­mo­wa­łam się tym jak będę wy­glą­dała na ślu­bie. Suknię wy­bra­łam pierw­szą lep­szą. Wszystko szło do przodu, che­mia za che­mią, wraz z or­ga­ni­zo­wa­niem ślubu, aż do mo­mentu, kiedy po ko­lej­nej te­ra­pii po­wie­dziano mi, że po za­koń­cze­niu cy­klu będę mu­siała przejść ra­dy­kalną ope­ra­cję wy­cię­cia na­rzą­dów rod­nych. Bajka się skoń­czyła. Załamałam się. Nie tak miało być. Wkraczałam prze­cież w do­ro­słe życie. Miałam obok sie­bie wspa­nia­łego fa­ceta, z któ­rym chcia­łam spę­dzić życie. Wydawało mi się wtedy, że je­stem szczę­śliwa. Więc de­spe­racko szu­ka­łam kon­sul­ta­cji z le­ka­rzami, któ­rzy po­wie­dzie­liby mi, że można za­ry­zy­ko­wać, że nie trzeba ope­ro­wać. Niestety, każdy po­twier­dzał po­trzebę ope­ra­cji i po­wagę sy­tu­acji. Już bę­dąc w kli­nice pró­bo­wa­łam roz­ma­wiać na te­mat moż­li­wo­ści obej­ścia ope­ra­cji. Dopiero wtedy le­ka­rze w zde­cy­do­wany spo­sób mi uświa­do­mili jaki jest stan mo­jej cho­roby mó­wiąc, że się roz­czu­lam ope­ra­cją, my­ślę o dziecku a tak na­prawdę prze­cież wal­czę o życie. Otworzyły mi się oczy. Dotarło do mnie. że ja tu­taj so­bie o ślu­bie, o przy­szło­ści, a tak na­prawdę może do tych chwil nie dojść, po­nie­waż za­brak­nie czasu. Nie zda­wa­łam so­bie z tego sprawy aż do tam­tego dnia. Po po­wro­cie do domu po ko­lej­nej che­mii za­mknę­łam się w so­bie. Pojechałam sama do za­przy­jaź­nio­nego pen­sjo­natu, by się ogar­nąć, opa­no­wać emo­cje, prze­my­śleć wszystko. Od tego mo­mentu zmie­ni­łam się. Pogodziłam się na­wet z my­ślą o śmierci. Co dziwne wcale się tego nie ba­łam. Nigdy też nie za­da­wa­łam py­ta­nia dla­czego — dla­czego ja?- Pojechałam w końcu na ko­lejną che­mię. Podczas tego po­bytu w szpi­talu czu­łam się co­raz go­rzej, sła­błam, bar­dzo wy­mio­to­wa­łam, nie mia­łam sił się pod­nieść, szybko tra­ci­łam na wa­dze. Podjęłam de­cy­zję o od­wo­ła­niu ślubu. Przecież nie mogę do­pu­ścić, by on pod­jął ta­kie po­świę­ce­nie. Kochałam go naj­bar­dziej na świe­cie, ale nie mo­głam tak. Nawet je­śli będę żyła, to prze­cież po­zba­wiam go po­sia­da­nia bio­lo­gicz­nych dzieci, o któ­rych ma­rzył. Zasługuje na lep­szą przy­szłość. Powiedziałam mu o tym. Był za­sko­czony, smutny i w szoku. Zdawał so­bie ze wszyst­kiego do­sko­nale sprawę, wie­dział i to jesz­cze wcze­śniej ode mnie, że będę mu­siała się pod­dać ope­ra­cji oraz z czym to się wiąże i już w tam­tym mo­men­cie był zde­cy­do­wany na ad­op­cję. Czekał, aż do sie­bie dojdę, by mi o tym po­wie­dzieć. Mówił, że my­ślał nad tym i nie wy­obra­żał so­bie ina­czej, mu­simy być ra­zem bez względu na wszystko. Po dłu­gich roz­mo­wach zde­cy­do­wa­li­śmy się, że nie bę­dziemy od­wo­ły­wać ni­czego z na­szych pla­nów. Będzie, co ma być. Wiedzieliśmy, że nie wia­domo, czy cza­sem nie zo­sta­nie wdow­cem zbyt wcze­śnie. Ale żar­to­wa­li­śmy z tego.

Odtąd moje życie miało dwie drogi, jedną była walka z cho­robą, tra­ge­dia, cier­pie­nie i wielka nie­wia­doma a dru­gim ślub, ra­dość i szczęście.Zbliżała się ostat­nia che­mia i dzień ślubu. Moja ko­sme­tyczka miała nie lada pole do po­pisu. Byłam bez rzęs, brwi, blada jak ściana. Fryzjerka też się spi­sała, ukła­da­jąc pla­sti­kowe, krót­kie włosy przy­cze­pione do mo­jej głowy. Osoby, które nie wie­działy o cho­ro­bie wcze­śniej, ni­czego nie po­dej­rze­wały, pa­trząc na mnie. Impreza była fan­ta­styczna. Adrenalina zro­biła swoje, ba­wi­li­śmy się do rana. Na drugi dzień czu­łam się już zde­cy­do­wa­nie go­rzej. Po we­selu po­je­cha­li­śmy nad mo­rze. Jednak mu­sie­li­śmy wró­cić wcze­śniej ze względu na mój po­gar­sza­jący się stan.

Tydzień póź­niej je­cha­li­śmy już na ope­ra­cję, po któ­rej długo do sie­bie do­cho­dzi­łam fi­zycz­nie i psy­chicz­nie. Miałam wa­ha­nia na­stroju. Każdy wi­dok ma­łego dzie­ciątka w te­le­wi­zji czy wózka na ulicy, po­wo­do­wał smu­tek, za­ła­ma­nie, po­czu­cie braku wła­snej war­to­ści. Prawie dwa lata za­jęło mi po­go­dze­nie się z bra­kiem moż­li­wo­ści po­sia­da­nia bio­lo­gicz­nych dzieci. Zaczęliśmy już kon­kret­nie roz­ma­wiać o ad­op­cji. Z upły­wem czasu zro­zu­mia­łam, co jest naj­waż­niej­sze w życiu. Wcześniej wy­da­wało mi się tylko, że wiem. Zaczęłam ko­rzy­stać ak­tyw­nie z każ­dego dnia jaki był mi dany. Jak tylko do­szłam do sie­bie fi­zycz­nie, wró­ci­łam do pracy. Stałam się ra­do­śniej­sza, nie przej­muję się drob­nymi spra­wami. Uwielbiam spę­dzać czas w gro­nie zna­jo­mych, ro­bić rze­czy sza­lone, o któ­rych bym wcze­śniej nie po­my­ślała. Korzystam z życia i cie­szę się z każ­dej chwili mi da­nej. Pojawienie się męża w moim życiu tak na­prawdę dało mi życie, nowe życie i po­mo­gło wy­grać z cho­robą. Jest dla mnie naj­cen­niej­szym da­rem, jaki mnie do­tąd spo­tkał w życiu.

Pewnego dnia, po upły­wie pół­tora roku od kwa­li­fi­ka­cji ad­op­cyj­nej, kiedy pra­co­wa­łam, za­dzwo­nił te­le­fon. Nim się obej­rze­li­śmy, by­li­śmy już w domu we troje, my i nasz cu­downy sy­nek. Dnia, kiedy po raz pierw­szy zo­ba­czy­li­śmy go, nie za­po­mnę ni­gdy. Nie wy­obra­żam so­bie życia bez mo­jego synka. Teraz wiem, że po cho­ro­bie moje życie zmie­niło się na lep­sze. Cierpienie było „chwilą” a to, co do­sta­łam w za­mian, jest dla mnie bez­cenne. Jestem szczęśliwa.

Uratowała mnie dba­łość o wła­sne zdro­wie, co póź­niej się oka­zało dba­ło­ścią o życie. Gdybym się nie ba­dała, nie by­łoby mnie te­raz tu­taj. Nie pi­sa­ła­bym tych słów. Nie wszystko mo­żemy w życiu prze­wi­dzieć ale na nie­które rze­czy mamy choć mały wpływ.

Czy warto pła­cić cenę szczę­ścia i życia za kilka chwil w roku w ga­bi­ne­tach lekarskich ?

Ja od­po­wiedź znam.

Potrzeba i po­mysł za­ło­że­nia grupy wspar­cia lub sto­wa­rzy­sze­nia ro­dził się w mo­jej gło­wie od mo­mentu cho­roby, gdy nie mo­głam zna­leźć dla sa­mej sie­bie po­mocy, zwłasz­cza w oko­licy mo­jego miej­sca za­miesz­ka­nia. Moja cho­roba oraz póź­niej­sze wy­da­rze­nia które działy się wo­kół, za­owo­co­wały po­wsta­niem Stowarzyszenia na Rzecz Walki z Chorobami Nowotworowymi „SANITAS” .Ponieważ za­wsze dba­łam o swoje zdro­wie, re­gu­lar­nie pod­da­wa­łam się ba­da­niom pro­fi­lak­tycz­nym. Jednak nie przy­pusz­cza­łam, że tym ra­zem od­wie­dziny w ga­bi­ne­cie spe­cja­li­stycz­nym zmie­nią całe może życie. Na lep­sze, czy gor­sze ? Właśnie wtedy, kiedy roz­my­śla­łam już o ślu­bie, przy­szłym życiu i dzie­ciacz­kach, o szczę­śli­wej ro­dzince, uda­łam się na za­pla­no­wane wcze­śniej ba­da­nia. Podczas kon­troli oka­zało się, że mam nie­wiel­kie zmiany na jaj­niku wy­ma­ga­jące za­biegu i mu­szę zro­bić do­dat­kowe ba­da­nia z krwi. Bez ja­kich­kol­wiek do­my­słów ro­bi­łam, co mi za­le­cano. W umó­wio­nym ter­mi­nie uda­łam się więc do szpi­tala na za­bieg wy­cię­cia guzka. Jednak pod­czas ope­ra­cji le­ka­rze za­de­cy­do­wali o wy­cię­ciu ca­łego jaj­nika. Później już cze­ka­łam na wy­niki hi­sto­pa­to­lo­giczne, które trak­to­wa­łam jako zwy­kłą for­mal­ność. Czekanie to troszkę się prze­cią­gało, aż w końcu za­dzwo­nili ze szpi­tala. Wybierając wy­niki usły­sza­łam, by udać się od razu na od­dział do mo­jego le­ka­rza. Tak też zrobiłam.

Kiedy we­szłam do ga­bi­netu, obecne tam le­karki po­de­rwały się na­gle. Poprosiły, żebym po­cze­kała na mo­jego le­ka­rza, który wła­śnie ope­ro­wał. Chciałam przyjść na­za­jutrz, ale mi nie po­zwo­liły. Jedna za­częła gdzieś te­le­fo­no­wać, druga wzięła mnie za rękę i za­pro­wa­dziła pod blok ope­ra­cyjny. — Po co taki po­śpiech, prze­cież oni ope­rują, czemu nie można za­cze­kać, o co cho­dzi ? — Z ta­kimi my­ślami zo­sta­łam sama przed drzwiami bloku ope­ra­cyj­nego. Kiedy się w końcu otwo­rzyły, zo­ba­czy­łam mo­jego le­ka­rza wraz z or­dy­na­to­rem idą­cych w moją stronę. Już wtedy wie­dzia­łam, że dzieje się coś złego. Prowadzą mnie bli­żej okna. Chyba po to, że jak­bym ze­mdlała, to łatwiej mnie bę­dzie ocu­cić? . — Pani Aniu, mamy złą wia­do­mość –sły­szę głos or­dy­na­tora — wy­kryto u pani raka jaj­nika –Zamieram. Widzę, że cze­kają na moja re­ak­cję, na płacz, pa­nikę, osłab­nię­cie, . Mija chyba ze 20 se­kund i sły­szę swoje słowa — Dobrze, więc co te­raz ro­bimy? — Tak wła­śnie po­wie­dzia­łam. Bo wie­dzia­łam, że damy radę, że wszystko musi być do­brze. Nie ukry­wali za­sko­cze­nia moją re­ak­cją.  Od tej chwili by­li­śmy w kon­tak­cie. Wyszłam ze szpi­tala dziw­nie spo­kojna. Nie wie­dzia­łam tak na­prawdę w ja­kim sta­dium była cho­roba. Nie wie­dzia­łam co bę­dzie da­lej, wró­ci­łam do domu, nie mó­wiąc o ni­czym ro­dzi­nie. Mój fa­cet bar­dzo mnie po­cie­szał i był przy mnie. Za kilka dni mia­łam już je­chać do kli­niki od­da­lo­nej 600 km od mo­jego mia­sta. W domu po­wie­dzia­łam, że jadę tylko na do­dat­kowe ba­da­nia i zwy­kłą kon­sul­ta­cję. Dopiero na miej­scu się do­wie­dzia­łam jaki jest fak­tyczny stan.

Że to rak zło­śliwy i na­tych­miast jest ko­nieczna che­mio­te­ra­pia. I wtedy bar­dzo szybko do­ciera do mnie, co mi na­prawdę jest. Mam zo­stać w szpi­talu i za­cząć che­mię, a prze­cież je­cha­łam tam tylko na je­den dzień, na kon­sul­ta­cję. Ale skoro ma mnie to ura­to­wać…, poza tym czas szybko mija, więc nie­ba­wem bę­dzie po wszyst­kim. A te­raz naj­trud­niej­sze. Zadzwonić do mamy i po­wie­dzieć prawdę. Chcę jej oszczę­dzić ner­wów, stre­sów, zmar­twie­nia. Mówię, że che­mio­te­ra­pię po­dej­muję pro­fi­lak­tycz­nie, by mieć 100% pew­no­ści, że je­stem zdrowa. Ale nie udało się. Mama do­sko­nale wie­działa, z czym się wiąże słowo rak. Po pierw­szej che­mii do­brze się czu­łam. Problemy za­częły się po dru­giej. Zaczęłam czę­sto słab­nąć, wy­mio­to­wać. Mój part­ner mnie wspie­rał jak mógł. Był cu­downy. Miałam w nim ogromne opar­cie, po pro­stu był. Między che­miami mia­łam 5 dni, pod­czas któ­rych nor­mal­nie funk­cjo­no­wa­łam. Nosiłam dłu­gie włosy, ale po pierw­szej che­mii ścię­łam je na zu­peł­nie krót­kie. W końcu nad­szedł ten dzień, kiedy za­częły mi wy­pa­dać gar­ściami. Wydawało mi się, że je­stem na to przy­go­to­wana. Nie ba­łam się tego. Myślałam, że nie bę­dzie to dla mnie trau­ma­tyczne, prze­cież od­ro­sną. Nie na wszystko można się przy­go­to­wać, nie można prze­wi­dzieć wła­snych emo­cji. Płakałam. Byłam na sie­bie zła, że wal­czę z ra­kiem a wło­sami się przejmuję.

Gdy za­cho­ro­wa­łam, stu­dio­wa­łam za­ocz­nie na dru­gim roku. Zaciągnęłam kre­dyt na na­ukę. Kiedy to się za­częło, nie mia­łam sił na wy­jazdy i na­ukę. Wiedziałam, że mu­szę zo­sta­wić lub za­wie­sić stu­dia na tym eta­pie. Nie po­zwo­liła mi na to moja grupa. Gdyby nie oni i do­bre serca pro­fe­so­rów, pew­nie nie uda­łoby mi się szczę­śli­wie za­koń­czyć stu­diów ra­zem z nimi. Między ko­lej­nymi che­miami, kiedy cho­dzi­łam po mie­ście, nie czu­łam się w pełni war­to­ściową ko­bietą. Świat wy­da­wał mi się inny. Te same ulice, ci sami zna­jomi, ro­dzina, wszystko ta­kie samo, a ja czu­łam, jak­bym była gdzieś poza tym. Kiedy opo­wia­da­łam o swo­ich uczu­ciach, wie­dzia­łam, że inni nie są w sta­nie do końca mnie zro­zu­mieć. Bardzo chcia­łam po­roz­ma­wiać z osobą bę­dącą w po­dob­nej sy­tu­acji. Nie udało mi się z ni­kim skon­tak­to­wać. Czułam się wy­ob­co­wana, z co­raz mniej­szym po­czu­ciem wła­snej war­to­ści. Mimo tego, by­łam pełna życia, ko­rzy­sta­łam z każ­dej chwili lep­szego sa­mo­po­czu­cia, znaj­du­jąc spo­soby na od­stre­so­wa­nie. Dobrze się też czu­łam na od­dziale w kli­nice, wśród pie­lę­gnia­rek i le­ka­rzy. W końcu po­wró­cił te­mat ślubu. Zdążyłam już go wy­klu­czyć z mo­jej głowy jako nie­re­alny w obec­nej sy­tu­acji. Jednak mój fa­cet stwier­dził, że nie bę­dziemy go od­kła­dać. Przecież che­mia miała za­koń­czyć się przed ter­mi­nem ślubu a póź­niej miało być już ko­lo­rowo. Więc za­czę­li­śmy przy­go­to­wa­nia. Z che­mio­te­ra­pii wra­ca­li­śmy 10 go­dzin. Prawie nie­przy­tomną za­wo­ził mnie do domu. Wszystkim zaj­mo­wa­li­śmy się sami, więc kiedy tylko do­cho­dzi­łam do sie­bie na kilka dni przed ko­lejną che­mią, dzia­ła­li­śmy pręż­nie. Nie przej­mo­wa­łam się tym jak będę wy­glą­dała na ślu­bie. Suknię wy­bra­łam pierw­szą lep­szą. Wszystko szło do przodu, che­mia za che­mią, wraz z or­ga­ni­zo­wa­niem ślubu, aż do mo­mentu, kiedy po ko­lej­nej te­ra­pii po­wie­dziano mi, że po za­koń­cze­niu cy­klu będę mu­siała przejść ra­dy­kalną ope­ra­cję wy­cię­cia na­rzą­dów rod­nych. Bajka się skoń­czyła. Załamałam się. Nie tak miało być. Wkraczałam prze­cież w do­ro­słe życie. Miałam obok sie­bie wspa­nia­łego fa­ceta, z któ­rym chcia­łam spę­dzić życie. Wydawało mi się wtedy, że je­stem szczę­śliwa. Więc de­spe­racko szu­ka­łam kon­sul­ta­cji z le­ka­rzami, któ­rzy po­wie­dzie­liby mi, że można za­ry­zy­ko­wać, że nie trzeba ope­ro­wać. Niestety, każdy po­twier­dzał po­trzebę ope­ra­cji i po­wagę sy­tu­acji. Już bę­dąc w kli­nice pró­bo­wa­łam roz­ma­wiać na te­mat moż­li­wo­ści obej­ścia ope­ra­cji. Dopiero wtedy le­ka­rze w zde­cy­do­wany spo­sób mi uświa­do­mili jaki jest stan mo­jej cho­roby mó­wiąc, że się roz­czu­lam ope­ra­cją, my­ślę o dziecku a tak na­prawdę prze­cież wal­czę o życie. Otworzyły mi się oczy. Dotarło do mnie. że ja tu­taj so­bie o ślu­bie, o przy­szło­ści, a tak na­prawdę może do tych chwil nie dojść, po­nie­waż za­brak­nie czasu. Nie zda­wa­łam so­bie z tego sprawy aż do tam­tego dnia. Po po­wro­cie do domu po ko­lej­nej che­mii za­mknę­łam się w so­bie. Pojechałam sama do za­przy­jaź­nio­nego pen­sjo­natu, by się ogar­nąć, opa­no­wać emo­cje, prze­my­śleć wszystko. Od tego mo­mentu zmie­ni­łam się. Pogodziłam się na­wet z my­ślą o śmierci. Co dziwne wcale się tego nie ba­łam. Nigdy też nie za­da­wa­łam py­ta­nia dla­czego — dla­czego ja?- Pojechałam w końcu na ko­lejną che­mię. Podczas tego po­bytu w szpi­talu czu­łam się co­raz go­rzej, sła­błam, bar­dzo wy­mio­to­wa­łam, nie mia­łam sił się pod­nieść, szybko tra­ci­łam na wa­dze. Podjęłam de­cy­zję o od­wo­ła­niu ślubu. Przecież nie mogę do­pu­ścić, by on pod­jął ta­kie po­świę­ce­nie. Kochałam go naj­bar­dziej na świe­cie, ale nie mo­głam tak. Nawet je­śli będę żyła, to prze­cież po­zba­wiam go po­sia­da­nia bio­lo­gicz­nych dzieci, o któ­rych ma­rzył. Zasługuje na lep­szą przy­szłość. Powiedziałam mu o tym. Był za­sko­czony, smutny i w szoku. Zdawał so­bie ze wszyst­kiego do­sko­nale sprawę, wie­dział i to jesz­cze wcze­śniej ode mnie, że będę mu­siała się pod­dać ope­ra­cji oraz z czym to się wiąże i już w tam­tym mo­men­cie był zde­cy­do­wany na ad­op­cję. Czekał, aż do sie­bie dojdę, by mi o tym po­wie­dzieć. Mówił, że my­ślał nad tym i nie wy­obra­żał so­bie ina­czej, mu­simy być ra­zem bez względu na wszystko. Po dłu­gich roz­mo­wach zde­cy­do­wa­li­śmy się, że nie bę­dziemy od­wo­ły­wać ni­czego z na­szych pla­nów. Będzie, co ma być. Wiedzieliśmy, że nie wia­domo, czy cza­sem nie zo­sta­nie wdow­cem zbyt wcze­śnie. Ale żar­to­wa­li­śmy z tego.

Odtąd moje życie miało dwie drogi, jedną była walka z cho­robą, tra­ge­dia, cier­pie­nie i wielka nie­wia­doma a dru­gim ślub, ra­dość i szczęście.Zbliżała się ostat­nia che­mia i dzień ślubu. Moja ko­sme­tyczka miała nie lada pole do po­pisu. Byłam bez rzęs, brwi, blada jak ściana. Fryzjerka też się spi­sała, ukła­da­jąc pla­sti­kowe, krót­kie włosy przy­cze­pione do mo­jej głowy. Osoby, które nie wie­działy o cho­ro­bie wcze­śniej, ni­czego nie po­dej­rze­wały, pa­trząc na mnie. Impreza była fan­ta­styczna. Adrenalina zro­biła swoje, ba­wi­li­śmy się do rana. Na drugi dzień czu­łam się już zde­cy­do­wa­nie go­rzej. Po we­selu po­je­cha­li­śmy nad mo­rze. Jednak mu­sie­li­śmy wró­cić wcze­śniej ze względu na mój po­gar­sza­jący się stan.

Tydzień póź­niej je­cha­li­śmy już na ope­ra­cję, po któ­rej długo do sie­bie do­cho­dzi­łam fi­zycz­nie i psy­chicz­nie. Miałam wa­ha­nia na­stroju. Każdy wi­dok ma­łego dzie­ciątka w te­le­wi­zji czy wózka na ulicy, po­wo­do­wał smu­tek, za­ła­ma­nie, po­czu­cie braku wła­snej war­to­ści. Prawie dwa lata za­jęło mi po­go­dze­nie się z bra­kiem moż­li­wo­ści po­sia­da­nia bio­lo­gicz­nych dzieci. Zaczęliśmy już kon­kret­nie roz­ma­wiać o ad­op­cji. Z upły­wem czasu zro­zu­mia­łam, co jest naj­waż­niej­sze w życiu. Wcześniej wy­da­wało mi się tylko, że wiem. Zaczęłam ko­rzy­stać ak­tyw­nie z każ­dego dnia jaki był mi dany. Jak tylko do­szłam do sie­bie fi­zycz­nie, wró­ci­łam do pracy. Stałam się ra­do­śniej­sza, nie przej­muję się drob­nymi spra­wami. Uwielbiam spę­dzać czas w gro­nie zna­jo­mych, ro­bić rze­czy sza­lone, o któ­rych bym wcze­śniej nie po­my­ślała. Korzystam z życia i cie­szę się z każ­dej chwili mi da­nej. Pojawienie się męża w moim życiu tak na­prawdę dało mi życie, nowe życie i po­mo­gło wy­grać z cho­robą. Jest dla mnie naj­cen­niej­szym da­rem, jaki mnie do­tąd spo­tkał w życiu.

Pewnego dnia, po upły­wie pół­tora roku od kwa­li­fi­ka­cji ad­op­cyj­nej, kiedy pra­co­wa­łam, za­dzwo­nił te­le­fon. Nim się obej­rze­li­śmy, by­li­śmy już w domu we troje, my i nasz cu­downy sy­nek. Dnia, kiedy po raz pierw­szy zo­ba­czy­li­śmy go, nie za­po­mnę ni­gdy. Nie wy­obra­żam so­bie życia bez mo­jego synka. Teraz wiem, że po cho­ro­bie moje życie zmie­niło się na lep­sze. Cierpienie było „chwilą” a to, co do­sta­łam w za­mian, jest dla mnie bez­cenne. Jestem szczęśliwa.

Uratowała mnie dba­łość o wła­sne zdro­wie, co póź­niej się oka­zało dba­ło­ścią o życie. Gdybym się nie ba­dała, nie by­łoby mnie te­raz tu­taj. Nie pi­sa­ła­bym tych słów. Nie wszystko mo­żemy w życiu prze­wi­dzieć ale na nie­które rze­czy mamy choć mały wpływ.

Czy warto pła­cić cenę szczę­ścia i życia za kilka chwil w roku w ga­bi­ne­tach lekarskich ?

Ja od­po­wiedź znam.

Potrzeba i po­mysł za­ło­że­nia grupy wspar­cia lub sto­wa­rzy­sze­nia ro­dził się w mo­jej gło­wie od mo­mentu cho­roby, gdy nie mo­głam zna­leźć dla sa­mej sie­bie po­mocy, zwłasz­cza w oko­licy mo­jego miej­sca za­miesz­ka­nia. Moja cho­roba oraz póź­niej­sze wy­da­rze­nia które działy się wo­kół, za­owo­co­wały po­wsta­niem Stowarzyszenia na Rzecz Walki z Chorobami Nowotworowymi „SANITAS” .